Przeczytałem niedawno tekst Mateusza Kukli z Klubu Jagiellońskiego o kryzysie demograficznym. Solidna robota, dużo danych, wykresy, analizy. Konsumpcjonizm to, sejfityzm tamto, social media siamto. Wszystko pięknie opakowane w socjologiczną folię celofanową, żeby nikomu się nie odkleił papierek od dupy.
I wiesz co mnie w tym wkurza? Że wszyscy wiemy, o co chodzi. Ale wszyscy udają, że nie wiemy. Bo trzeba mówić ładnie, akademicko, poprawnie. No to powiem wprost: „Europejczykom” zwyczajnie zabrakło jaj. Odwagi do życia. Testosteronu. Charakteru. Nazwijcie to jak chcecie…
Konsumpcjonizm? Dajcie spokój…
Słyszę cały czas: „Oj, młodzi nie mają dzieci, bo iPhone, bo kredyt, bo trzeba mieszkanie 80 metrów, bo dziecko to drogi projekt”…
Bzdura![]()
Moi dziadkowie po wojnie mieszkali w jednym pokoju z dziećmi. Nie mieli lodówki. Łazienka na korytarzu. I wiesz co? Urodzili czworo dzieci. Nie dlatego, że byli głupi. Nie dlatego, że „nie mieli telewizji”. Ale dlatego, że mieli coś, czego dzisiejszym trzydziestolatkom brakuje: jaja, żeby żyć.
Dzisiaj? „Nie stać mnie na dziecko”. Mówi to człowiek, który właśnie wrócił z Tajlandii, ma abonament w siłowni, jeździ BMW na leasing i 200 razy dziennie scrolluje Instagrama. Ale na dziecko go nie stać. Jasne.
Konsumpcjonizm był zawsze. Ludzie zawsze chcieli mieć więcej. Tylko kiedyś to nie paraliżowało. Dzisiaj paraliżuje. Bo dzisiaj brakuje jaj, żeby powiedzieć: „Mam w dupie, czy moje dziecko będzie miało najnowszy iPhone. Będzie miało rodzinę”.
Jesteśmy myszami w laboratorium.
Może znacie eksperyment Calhouna? Amerykański naukowiec wziął myszy i stworzył im raj. Żarcie bez końca. Woda. Ciepło. Bezpieczeństwo. Zero drapieżników. Tylko trochę ograniczona przestrzeń.
I co się stało? Myszy zaczęły się rozmnażać jak szalone. Potem przestały. Potem zaczęły zdychać. W końcowej fazie samce przestały walczyć o samice. Samice przestały dbać o młode. Wszystkie siedziały w kącie, jadły, czyściły się i czekały na śmierć.
Calhoun nazwał to „śmiercią duchową”.
Witajcie w Unii Europejskiej, rok 2025![]()
Mamy wszystko. Najdłuższy w historii czas życia. Najwyższy dobrobyt. Najlepszą medycynę. I właśnie dlatego wymieramy. Bo życie bez wyzwań, bez ryzyka, bez konieczności walki – to nie jest życie. To wegetacja.
Europa stała się złotą klatką, w której dobrze się żyje i dobrze się umiera. Powoli, wygodnie, bez bólu. Z pełnym dostępem do Netflix’a.
Faceci bez jaj, baby bez facetów.
No dobra, powiedzmy sobie szczerze: przeciętny współczesny facet to tragedia. Nie ma w nim nic. Zero pazura. Zero determinacji. Zero męskości.
Przez ostatnie 30 lat wyhodowaliśmy pokolenie facetów, którzy nie mają być facetami. Mają być „partnerami”, „wrażliwymi”, „wspierającymi”. Nie wolno im dominować, ryzykować, decydować. Zamiast tego mają być empatyczni, rozumieć uczucia, wspólnie podejmować decyzje.
I teraz mamy problem. Bo kobieta – wykształcona, ambitna, silna – patrzy na takiego „wrażliwego partnera” i mówi: „Dzięki, wolę zostać sama z kotem”. Bo biologicznie, ewolucyjnie, podświadomie – kobieta szuka mężczyzny, który jest silniejszy od niej. Który ma jaja założyć rodzinę. Który bierze odpowiedzialność.
A dzisiejszy facet? Ten siedzi w domu, gra w FIFA, ogląda pornole i zastanawia się, czy jego dziewczyna na pewno jest zadowolona z ich związku. Bo może powinien być jeszcze bardziej „wspierający”?
Panowie – kobieta nie potrzebuje kolejnego wspierającego kumplika. Potrzebuje mężczyzny.
I nie, to nie jest „toksyczna męskość”. To jest po prostu męskość. Prawdziwa. Która oznacza wzięcie odpowiedzialności, podjęcie ryzyka i powiedzenie: „Zakładamy rodzinę. Damy radę”.
Ale żeby tak powiedzieć, trzeba mieć jaja![]()
Kultura strachu dla mięczaków.
Współczesna Europa to festiwal strachu. Boimy się wszystkiego. Ryzyka, porażki, bólu, śmierci. A najbardziej – życia.
Młoda para chce dziecko? O matko. Najpierw kurs przedporodowy. Potem kurs rodzicielstwa. Potem psycholog dziecięcy na wszelki wypadek. Potem zabawki Montessori, bo „wspierają rozwój”. Potem angielski od drugiego roku życia. Potem psychoterapia dla rodziców, bo może coś źle robią.
I w tym wszystkim kompletnie zagubił się normalny, zdrowy rozsądek. Że dziecko potrzebuje miłości, jedzenia, dachu nad głową i rodziców, którzy nie zwariują. Reszta to szczegóły.
Ale nie. Dzisiaj wychowanie dziecka to „projekt”. Perfekcyjny projekt. Który trzeba wykonać bez żadnych błędów. Bo jak zrobisz błąd, to twoje dziecko będzie miało traumę do końca życia.
Wiecie co? Nasi rodzice robili masę błędów. Krzyczeli na nas. Nie było kursów przedporodowych. Psychologa dziecięcego widziałeś, jak miałeś naprawdę poważny problem. I wiesz co? Jakoś wyrośliśmy.
Porównajmy to z sowieckim łagrem. Herling-Grudziński opisał, jak system stalinowski niszczył więźniów. Fizycznie, psychicznie, moralnie. Celem było zgaszenie woli życia.
I co? Niektórzy przeżyli. Nie dlatego, że byli najsilniejsi. Ale dlatego, że mieli sens. Cel. Wewnętrzną siłę.
A my? Nikt nas nie torturuje. Mamy wszystko. I co robimy? Poddajemy się bez walki. Bo kultura przez 30 lat wmawia nam: „Nie jesteś wystarczająco dobry. Poczekaj. Zabezpiecz się lepiej”.
I czekamy. Aż jajniki wyschną i będzie za późno.
Nie zdajemy testu.
Łagier był testem: albo zachowasz człowieczeństwo, albo się złamiesz.
Dobrobyt to też test. Tylko subtelniejszy.
Pytanie brzmi: Czy masz dość jaj, żeby:
• Być ojcem, mimo że Instagram pokazuje ci milionerów z perfekcyjnymi rodzinami?
• Być matką, wiedząc, że twoja kariera zwolni?
• Zaryzykować standard życia dla czegoś tak nieprzewidywalnego jak dziecko?
• Powiedzieć „mam w d*pie” modnym trendom i wychować dziecko po swojemu?
Większość odpowiada: nie. Nie mam. Wolę zostać w mojej bezpiecznej bańce, gdzie wszystko jest pod kontrolą.
I dlatego Europa umiera.
Co z tym zrobić
Obudzić się
Nie uratują nas dotacje, 800 plus, urlopy macierzyńskie czy mieszkania z rządowych programów. To wszystko to plaster na zgniłą ranę.
Nie uratuje nas walka z kapitalizmem, konsumpcjonizmem czy patriarchatem.
Uratuje nas tylko jedno: obudzenie się z tego letargu i odzyskanie jaj do życia.
Jaj do założenia rodziny, mimo że nie masz wszystkiego „załatwionego”.
Jaj do bycia mężczyzną, który bierze odpowiedzialność i mówi: „Robimy to. Teraz”.
Jaj do bycia kobietą, która wybiera macierzyństwo, mimo że feministki na Twitterze będą ją nazywać zdrajczynią sprawy.
Jaj do powiedzenia: „Moje dziecko nie musi chodzić na 5 zajęć dodatkowych. Wystarczy, że będzie kochane i będzie miało normalnych rodziców”.
Nasi dziadkowie rodzili dzieci w ruinach po wojnie. W głodzie. W komunizmie. My mamy wszystko. Wszystko oprócz jednego: odwagi.
Europa nie umiera z powodu ekonomii czy konsumpcjonizmu. Europa umiera, bo zamiast ludzi z jajami mamy pokolenie przestraszonych mięczaków, którzy boją się żyć.
Pytanie nie brzmi: „Czy stać mnie na dziecko?”
Pytanie brzmi: „Czy mam dość jaj, żeby żyć?”
Odpowiedź poznasz, patrząc w lustro…
Autor tekstu: Piotr Sterkowski.
ℹ️ Jeśli uważasz, że to co robimy ma sens, to możesz wspierać codzienne działania Fundacji Twoje VETO na kilka sposobów – szczegóły w menu WSPARCIE.

Chcesz powiedzieć, że nasi ojcowie, ci poturbowani przez wojnę, zastraszeni przez żydobolszewię, zapici niemal na śmierć, to byli ci „prawdziwi mężczyźni” ? Ja ich doskonale pamiętam, jestem z powojennego wyżu i wiem, że to byli zahukani ludzie żyjący po kątach, w strachu, z groszowymi zarobkami.
O żadnej „męskości” nie mogło być mowy! Po prostu wszechobecny wzorzec życia był inny. To posiadanie dzieci było wtedy życiowym sukcesem każdej pary.
Jeśli o dzieciach myśli się w sposób biznesowo-finansowy, to rzeczywiście lepiej, żeby się nie rozmnażali. Żydzi sami sobie poradzą, bez nich.