Czy należy przywrócić dawną formę przysięgi przed sądem?

Czy należy przywrócić dawną formę przysięgi przed sądem?
PODZIEL SIĘ INFORMACJĄ

Czy należy przywrócić dawną formę przysięgi przed sądem?

Współczesny człowiek najczęściej styka się z motywem sądowej przysięgi nie na sali rozpraw, lecz na ekranie telewizora. W amerykańskich filmach i serialach scena składania zeznań ma zwykle podniosły, niemal rytualny charakter. Świadek staje przed sądem, wypowiada formułę odnoszącą się do prawdy i odpowiedzialności, a w tle pojawia się Biblia. Dla jednych to tylko filmowy rekwizyt, dla innych symbol powagi wymiaru sprawiedliwości i moralnego ciężaru wypowiadanych słów.

W Polsce dziś tego nie ma. Postępowanie sądowe ma charakter świecki, a obowiązujące procedury nie przewidują religijnej formuły przysięgi. Pytanie jednak brzmi: czy słusznie? A może warto wrócić do dawnej tradycji prawnej, w której przysięga przed sądem była nie tylko aktem formalnym, ale także moralnym zobowiązaniem składanym przed Bogiem i państwem?

Dawna polska tradycja była inna.

Wbrew pozorom, religijny wymiar przysięgi nie jest w naszej tradycji czymś obcym czy zapożyczonym z amerykańskiej popkultury. Polska procedura karna znała przecież formułę przysięgi świadka z wyraźnym odwołaniem do Boga. Kodeks postępowania karnego z 1928 roku przewidywał rotę:

„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu i Wszechwiedzącemu, że będę mówił szczerą prawdę, niczego nie ukrywając z tego co mi jest wiadome. Tak mi, Panie Boże, dopomóż”.

Była to formuła niezwykle podniosła. Nie sprowadzała się wyłącznie do obowiązku mówienia prawdy wobec sądu. Podkreślała, że fałszywe zeznanie nie jest jedynie naruszeniem przepisu, ale także ciężarem moralnym. Taka przysięga działała nie tylko na rozum, ale i na sumienie.

Co więcej, dawne przepisy przewidywały również określoną oprawę religijną, zależnie od wyznania składającego przysięgę. To pokazuje, że ówczesne państwo nie traktowało religii jako zagrożenia dla prawa, lecz jako jeden z fundamentów odpowiedzialności jednostki.

PRL zerwał z tą symboliką.

Ten stan rzeczy zakończył się wraz z wejściem w życie nowego kodeksu postępowania karnego w 1969 roku. Wtedy zniesiono religijną formułę przysięgi, zastępując ją świeckim przyrzeczeniem. Był to element szerszego procesu charakterystycznego dla realiów PRL, w których państwo konsekwentnie usuwało religię z przestrzeni publicznej, także z prawa i sądownictwa.

Nie chodziło wyłącznie o techniczną zmianę słów. Była to zmiana cywilizacyjna i ideologiczna. Z sal rozpraw zniknęła nie tylko wzniosła forma, ale również przekonanie, że prawda ma wymiar większy niż tylko procesowy.

W II Rzeczypospolitej także przysięgi zawodów prawniczych miały wyraźnie religijny i państwowy charakter. Sędziowie oraz adwokaci składali roty, które odwoływały się zarówno do Boga, jak i służby Rzeczypospolitej. Brzmiały one poważnie, uroczyście i jednoznacznie. Podkreślały, że wymiar sprawiedliwości nie może opierać się wyłącznie na procedurze, lecz także na etosie.

Czy świeckość musi oznaczać odarcie z powagi?

Dziś bardzo często słyszymy argument o konieczności zachowania świeckości państwa. Zwolennicy takiego podejścia chętnie przywołują biblijną zasadę, by oddawać to, co cesarskie cesarzowi, a co boskie Bogu. Problem w tym, że współczesna świeckość zbyt często nie oznacza neutralności, lecz całkowite wyjałowienie symboliczne.

Państwo może być świeckie, nie będąc jednocześnie państwem wrogim wobec religijnego wymiaru życia społecznego. To nie to samo. Usunięcie z prawa wszelkich odniesień do Boga nie sprawiło automatycznie, że ludzie zaczęli mówić prawdę częściej, a wymiar sprawiedliwości zyskał większy autorytet. Przeciwnie — można odnieść wrażenie, że wiele instytucji publicznych utraciło powagę właśnie dlatego, że wyrugowano z nich wszelkie elementy symboliczne, które przypominały o odpowiedzialności wykraczającej poza urzędową formalność.

Świecka formuła przyrzeczenia jest poprawna proceduralnie, ale trudno nie dostrzec, że brzmi znacznie mniej doniośle niż dawna rota przysięgi. Dawniej świadek wypowiadał słowa, które miały charakter niemal sakralny. Dziś częściej mamy do czynienia z urzędową formułą, którą można potraktować jak kolejny obowiązkowy etap postępowania.

Nie przymus, lecz wybór!

Najważniejsze pytanie nie powinno jednak brzmieć: czy narzucić wszystkim religijną przysięgę? To byłoby rozwiązanie nie tylko kontrowersyjne, ale i niespójne z dzisiejszym porządkiem konstytucyjnym oraz pluralizmem społecznym. Znacznie rozsądniejsze byłoby rozważenie modelu fakultatywnego.

Skoro po zmianach ustrojowych w różnych przysięgach państwowych dopuszczono możliwość zakończenia roty słowami „Tak mi dopomóż Bóg”, to trudno zrozumieć, dlaczego podobna opcja nadal nie funkcjonuje w postępowaniach sądowych. Człowiek wierzący, stając przed sądem, powinien mieć możliwość złożenia przysięgi w formule zgodnej z własnym sumieniem i światopoglądem. Nie po to, by kogokolwiek dyskryminować, lecz po to, by państwo szanowało także tych obywateli, dla których odpowiedzialność przed Bogiem ma realne znaczenie.

Taki model nie łamałby zasady świeckości państwa. Przeciwnie — byłby wyrazem prawdziwej wolności sumienia. Państwo nie narzucałoby religii, ale też nie zmuszałoby wierzących do pomijania tego, co dla nich najważniejsze.

Prawo potrzebuje także ducha.

Dzisiejszy kryzys zaufania do instytucji publicznych nie bierze się wyłącznie z błędnych przepisów czy przewlekłości postępowań. To także kryzys autorytetu, symboli i poczucia, że państwo reprezentuje coś więcej niż tylko aparat administracyjny. Wymiar sprawiedliwości nie może być wyłącznie mechanizmem rozstrzygania sporów. Musi być także przestrzenią, w której obywatel odczuwa wagę prawdy, odpowiedzialności i uczciwości.

Dawna forma przysięgi miała właśnie taki sens. Była bardziej uroczysta, bardziej doniosła i mocniej osadzona w porządku moralnym. Nie dawała oczywiście gwarancji prawdomówności, ale przypominała, że są chwile, w których człowiek odpowiada nie tylko przed urzędnikiem czy sędzią, lecz także przed własnym sumieniem.

Może czas wrócić do tej dyskusji.

Być może więc warto na nowo otworzyć debatę nad przywróceniem do procedur sądowych bardziej uroczystej formy przysięgi — choćby jako możliwości, a nie obowiązku. Nie chodzi tu o cofanie państwa do przeszłości ani o klerykalizację prawa. Chodzi o to, by przywrócić sądowi należną powagę i uszanować fakt, że dla wielu obywateli słowa wypowiadane „przed Bogiem” mają większą wagę niż najbardziej nawet precyzyjny przepis.

Prawo bez autorytetu staje się techniką. Sprawiedliwość bez moralnego fundamentu staje się procedurą. A sąd, który nie potrafi przemówić do sumienia, ryzykuje, że będzie przemawiał już tylko językiem formularzy.

✍️ Autor tekstu: mec. Sławomir Korbela.

ℹ️ Jeśli uważasz, że to co robimy ma sens, to możesz wspierać codzienne działania Fundacji Twoje VETO na kilka sposobów – szczegóły w menu WSPARCIE.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera, aby być zawsze na bieżąco z naszymi wiadomościami!

Przeczytaj naszą politykę prywatności w celu zaznajomienia się z Twoimi prawami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *