Dlaczego wciąż przestawiamy zegarki? Zmiana czasu, której obywatele nie chcą, a Europa od lat nie potrafi znieść!
Zmiana czasu w Polsce dwa razy w roku oznacza ten sam rytuał. Wiosną przesuwamy zegarki o godzinę do przodu, jesienią cofamy je o godzinę. Jedni przez kilka dni chodzą niewyspani, inni zastanawiają się, czy telefon na pewno sam przestawił godzinę. Zmieniają się rozkłady, godziny pracy, rytm dnia dzieci i dorosłych.
I właściwie po co?
To pytanie jest tym bardziej zasadne, że dyskusja o likwidacji zmiany czasu trwa w Unii Europejskiej od lat.
W 2018 roku w konsultacjach Komisji Europejskiej wzięło udział około 4,6 mln osób, a aż 84 proc. uczestników opowiedziało się za zakończeniem przestawiania zegarków dwa razy w roku.
Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że konsultacje internetowe nie były reprezentatywnym sondażem całej ludności UE i szczególnie licznie uczestniczyli w nich Niemcy. Mimo to był to jeden z największych odzewów w historii konsultacji Komisji.
Parlament Europejski poszedł jeszcze dalej. 26 marca 2019 roku opowiedział się za zakończeniem sezonowych zmian czasu od 2021 roku. Za było 410 europosłów, przeciw 192, a 51 wstrzymało się od głosu.
Mamy rok 2026.
A mimo to nadal przestawiamy zegarki.
Zmiana czasu – skąd w ogóle się wzięła?
Wokół zmiany czasu narosło sporo mitów. Jeden z najpopularniejszych mówi, że została wprowadzona po to, aby rolnicy mogli dłużej pracować w polu.
To nieprawda.
Rolnikowi wschód i zachód słońca nie zmieniają się przecież dlatego, że administracyjnie przesuniemy wskazówki zegara. Zwierzęta gospodarskie również nie orientują się według urzędowej godziny.
Historycznie głównym argumentem było lepsze wykorzystanie światła dziennego oraz zmniejszenie zużycia energii.
Pierwsze szerokie zastosowanie czasu letniego w Europie nastąpiło podczas I wojny światowej. Niemcy wprowadziły zmianę czasu 30 kwietnia 1916 roku, przede wszystkim po to, aby ograniczyć zużycie energii, w tym węgla wykorzystywanego do oświetlenia. Wkrótce podobne rozwiązania zastosowały również inne europejskie państwa.
Po wojnie część krajów z tego rozwiązania rezygnowała. Następnie powróciło ono podczas II wojny światowej, a kolejna fala zainteresowania zmianą czasu przyszła w Europie w latach 70., w okresie kryzysu energetycznego.
Z kolei w Polsce czas letni stosowano w różnych okresach międzywojennych i powojennych. Nieprzerwanie zmieniamy czas od 1977 roku. Uchwała Rady Ministrów z 7 stycznia 1977 r. wprost wprowadzała w PRL czas letni i zimowy.
A zatem rozwiązanie, które funkcjonuje dziś w naszych telefonach, komputerach, samochodach, systemach bankowych i rozkładach komunikacyjnych, ma korzenie w realiach, w których jednym z podstawowych problemów państwa było zużycie węgla na oświetlenie.
Świat od tamtego czasu trochę się zmienił.
Czy zmiana czasu rzeczywiście pozwala oszczędzać energię?
To właśnie tutaj pierwotny argument zaczyna się rozpadać.
Sama Komisja Europejska, przedstawiając w 2018 roku projekt zakończenia sezonowych zmian czasu, wskazywała, że ogólny efekt oszczędności energii jest marginalny i zależy między innymi od położenia geograficznego.
We Francji szacowane oszczędności związane z oświetleniem wynosiły około 0,1 proc. rocznego zużycia energii elektrycznej, natomiast we Włoszech około 0,2 proc.
Co więcej, Komisja zwracała uwagę, że współczesne zużycie energii wygląda zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu.
Mamy energooszczędne oświetlenie, klimatyzację, ogrzewanie, elektronikę działającą przez całą dobę i zupełnie inny tryb życia niż społeczeństwa sprzed stu lat.
Dlatego można zadać proste pytanie:
Czy naprawdę warto dwa razy w roku przestawiać rytm życia setek milionów ludzi dla efektu energetycznego, który sama Komisja Europejska określa jako marginalny?
A co ze zdrowiem?
Tutaj warto unikać sensacyjnych stwierdzeń. Nauka nie mówi, że każda zmiana czasu prowadzi do masowych zawałów czy wypadków. Wyniki badań są zróżnicowane.
Jednocześnie istnieją dowody, że szczególnie wiosenne przesunięcie zegarów do przodu, kiedy tracimy godzinę snu, może przejściowo wpływać na organizm.
Metaanaliza opublikowana w 2024 roku, obejmująca badania z dziesięciu państw, wykazała około 4-procentowy wzrost względnego ryzyka zawału mięśnia sercowego po wiosennym przejściu na czas letni.
Autorzy zaznaczają jednak, że wyniki poszczególnych badań były zróżnicowane i wymagają ostrożnej interpretacji.
Z kolei przegląd badań dotyczących snu opublikowany w 2025 roku wskazał, że przejście na czas letni wiąże się w części badań z pogorszeniem długości i jakości snu oraz większą sennością, szczególnie u osób o późniejszym chronotypie.
Jednocześnie szeroki przegląd epidemiologiczny opublikowany w 2026 roku pokazuje, że wpływ czasu letniego nie jest wyłącznie negatywny i nie wszystkie obserwowane zależności są jednoznaczne.
To ważne, ponieważ argument przeciw zmianie czasu nie musi opierać się na straszeniu.
Skoro istnieją koszty społeczne i zdrowotne, a korzyści energetyczne są niewielkie, dlaczego nadal utrzymujemy system stworzony ponad sto lat temu?
Unia chciała znieść zmianę czasu. Dlaczego więc tego nie zrobiła?
Tu dochodzimy do najbardziej absurdalnej części całej historii.
Komisja Europejska przedstawiła projekt zniesienia sezonowych zmian czasu już 12 września 2018 roku.
Następnie Parlament Europejski poparł projekt w marcu 2019 roku.
Plan zakładał, że 2021 rok może być ostatnim rokiem przestawiania zegarków. Państwa, które chciałyby pozostać przy czasie letnim, dokonałyby ostatniej zmiany w marcu, natomiast państwa wybierające czas standardowy – w październiku.
I co się stało?
Projekt utknął w Radzie Unii Europejskiej, czyli w instytucji, w której reprezentowane są rządy państw członkowskich.
Do dziś państwa nie uzgodniły wspólnego stanowiska.
Oficjalne informacje Rady UE wskazują, że nie podjęto ostatecznej decyzji i nie wyznaczono terminu jej podjęcia.
Dlatego obecny system pozostaje w mocy.
Dlaczego państwa nie mogą się po prostu dogadać?
Po zniesieniu zmiany zegarków pojawia się bowiem kolejne pytanie:
Na jakim czasie mamy pozostać na stałe?
Letnim czy standardowym, potocznie nazywanym zimowym?
A przede wszystkim: co zrobią nasi sąsiedzi?
Wyobraźmy sobie, że Polska wybiera stały czas letni, Niemcy standardowy, Czechy jeszcze inne rozwiązanie, a kolejne państwa podejmują własne decyzje.
Wówczas powstaje europejska mozaika stref i godzin.
Dla zwykłego człowieka oznacza to przede wszystkim niewygodę. Jednak dla kolei, lotnictwa, transportu międzynarodowego, firm działających w kilku państwach, telekomunikacji czy systemów informatycznych może oznaczać znacznie poważniejsze komplikacje.
Właśnie dlatego przedstawiciele państw UE uznali, że zniesienie zmian powinno zostać dobrze skoordynowane, aby uniknąć – jak określono to w dokumentach Rady – „patchworku stref czasowych” i problemów dla wspólnego rynku.
Problem w tym, że potrzeba koordynacji zamieniła się w wieloletni impas.
Dlaczego Polska sama nie powie: „koniec z przestawianiem zegarków”?
I tutaj dochodzimy do pytania znacznie poważniejszego niż sama zmiana czasu.
Ile w takich sprawach może samodzielnie zdecydować Polska?
Obecne zasady wynikają z unijnej dyrektywy 2000/84/WE. Nakazuje ona państwom członkowskim przejście na czas letni w ostatnią niedzielę marca oraz powrót do czasu standardowego w ostatnią niedzielę października.
Polska wykonuje ten obowiązek we własnym prawie. Rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów z 4 marca 2022 r. określiło daty zmian czasu na lata 2022–2026.
W 2026 roku wrócimy do czasu standardowego 25 października.
Polska nie może więc obecnie jednostronnie powiedzieć, że od jutra przestaje stosować sezonowe zmiany, pozostając jednocześnie w ramach obowiązującego prawa UE.
Jest tu jednak ważne zastrzeżenie.
Unia nie decyduje za Polskę, czy naszym podstawowym czasem ma być czas środkowoeuropejski czy inna strefa. Państwa członkowskie zachowują prawo wyboru swojego standardowego czasu.
Wspólne przepisy dotyczą natomiast samego mechanizmu sezonowego przestawiania zegarów.
Oznacza to, że Polska może wybrać swoją strefę czasową.
Nie może jednak, przy obecnym stanie prawa UE, samodzielnie wyłączyć się ze wspólnego systemu zmiany czasu.
Czy naprawdę jesteśmy aż tak mało decyzyjni?
To zależy, jak spojrzymy na sprawę.
Formalnie jest to konsekwencja członkostwa Polski w Unii Europejskiej i wspólnie przyjętych zasad jednolitego rynku. Polska uczestniczy w podejmowaniu decyzji w Radzie UE i może naciskać na zmianę przepisów.
Jednak z perspektywy obywatela sytuacja może wyglądać kuriozalnie.
- Miliony ludzi wzięły udział w konsultacjach.
- 84 proc. uczestników powiedziało: skończmy z tym.
- Komisja Europejska zaproponowała likwidację zmian.
- Parlament Europejski ją poparł.
- Minęło osiem lat.
I nic.
Co więcej, 18 marca 2026 roku Komisja Europejska opublikowała już harmonogram czasu letniego na lata 2027–2031.
Oznacza to, że przy obecnym stanie prawa system sezonowej zmiany czasu pozostaje przewidziany również na kolejne lata.
Trudno o lepszy przykład tego, jak długo może trwać europejski proces decyzyjny.
A co robi Polska?
Co ciekawe, temat pojawił się również w obecnej kadencji Sejmu.
2 kwietnia 2025 roku wpłynął poselski projekt ustawy dotyczący rezygnacji ze zmiany czasu i wprowadzenia w Polsce całorocznego czasu letniego.
Następnie, 14 października 2025 roku, został skierowany do pierwszego czytania w Komisji Gospodarki i Rozwoju. Według informacji Sejmu dostępnych w sierpniu 2026 roku projekt nadal znajdował się na tym etapie prac.
Nawet jego uchwalenie musiałoby jednak zostać pogodzone z obowiązującymi przepisami unijnymi.
I znowu wracamy więc do Brukseli.
Sto lat później nadal przesuwamy wskazówki
Zmiana czasu powstała w czasach wojny, niedoborów energii i zupełnie innego sposobu życia.
W XXI wieku pierwotny argument dotyczący energii znacząco stracił na znaczeniu.
Nagła zmiana rytmu dnia może wpływać na sen i samopoczucie.
Ponadto ogromna większość uczestników unijnych konsultacji chciała zakończenia przestawiania zegarów.
Co więcej, Parlament Europejski również zagłosował za zmianą.
A mimo tego w nocy z 24 na 25 października 2026 roku w Polsce po raz kolejny cofniemy wskazówki z godziny 3.00 na 2.00.
Można dyskutować, czy lepszy byłby na stałe czas letni, czy standardowy. Można również dyskutować o skutkach dla gospodarki, zdrowia i transportu.
Ale chyba warto w końcu zadać władzom Polski i przedstawicielom Polski w instytucjach europejskich znacznie prostsze pytanie:
Ile jeszcze lat potrzebujemy, żeby podjąć decyzję w sprawie jednej godziny?
I drugie:
Jeżeli nawet o tym nie potrafimy zdecydować sprawnie, to jak długo obywatele mają wierzyć, że europejskie procedury rzeczywiście nadążają za ich oczekiwaniami?
Co Wy o tym sądzicie?
Czy Polska powinna dążyć do zakończenia sezonowej zmiany czasu?
Wolelibyście na stałe czas letni czy standardowy?
Zapraszamy do dyskusji.
✍ Autor tekstu: Katarzyna Dutka
ℹ️ Jeśli uważasz, że to, co robimy, ma sens, możesz wspierać codzienne działania Fundacji Twoje VETO na kilka sposobów – szczegóły znajdziesz w menu WSPARCIE.
