Podpis prezydenta Karola Nawrockiego pod nowelizacją ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy nie był zwykłą formalnością. Chodzi o ustawę z 11 marca 2026 r., procedowaną jako druk sejmowy numer 2250, którą Sejm uchwalił 11 marca, Senat 12 marca przyjął bez poprawek, a prezydent podpisał 2 kwietnia — jednocześnie kierując ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej. To już samo w sobie pokazuje, że nie mieliśmy do czynienia z aktem pełnego politycznego przekonania, lecz z manewrem ostrożnie skalkulowanym.
Co zmienia ustawa o Państwowej Inspekcji Pracy?
Nowelizacja wzmacnia PIP przede wszystkim tam, gdzie państwo od lat było bezradne wobec fikcyjnych umów cywilnoprawnych. Zgodnie z nowymi rozwiązaniami, po kontroli i niewykonaniu polecenia usunięcia naruszeń, okręgowy inspektor pracy będzie mógł wszcząć postępowanie administracyjne i wydać decyzję o ustaleniu istnienia stosunku pracy, a od tej decyzji ma przysługiwać odwołanie do sądu pracy. Rząd podkreśla, że nie zmienia definicji stosunku pracy z kodeksu pracy, lecz daje narzędzia do skuteczniejszego egzekwowania już istniejących przepisów.
Dlaczego lewica popiera nowe uprawnienia PIP?
Dla lewicy i środowisk propracowniczych sprawa jest niemal oczywista: państwo wreszcie ma przestać udawać, że nie widzi patologii. Lewica mówi wprost o walce z „patologią śmieciowego zatrudnienia”, o ochronie ludzi wypychanych na fikcyjne B2B i zlecenia, choć faktycznie pracują jak etatowcy. W tym ujęciu reforma ma chronić nie tylko pracowników, ale też uczciwych przedsiębiorców, którzy przegrywali konkurencję z tymi, którzy cięli koszty kosztem prawa pracy. Podobnie OPZZ oceniło kierunek zmian pozytywnie, choć równocześnie zwróciło uwagę na ryzyko przeciążenia PIP i przewlekłość sądów pracy.
Dlaczego przedsiębiorcy i prawica krytykują ustawę?
Konfederacja przedstawia ustawę jako uderzenie w elastyczny rynek pracy i próbę oddania urzędnikowi kompetencji, które powinien mieć wyłącznie sąd. Pracodawcy RP ostrzegają przed niepewnością prawa, kosztami i długofalowym chaosem, a Rada Przedsiębiorców apelowała do prezydenta o weto, twierdząc, że ustawa może pogorszyć kondycję gospodarki, obciążyć wymiar sprawiedliwości i ograniczyć swobodę wyboru formy zatrudnienia. To nie jest więc spór o detal legislacyjny, ale o sam model państwa: czy ma ono być arbitrem reagującym dopiero po wyroku sądu, czy także aktywnym strażnikiem rynku pracy.
Czy urzędnik może zastąpić sąd?
Nie chodzi wyłącznie o spór ideologiczny między „prawami pracownika” a „wolnością gospodarczą”, lecz o bardzo konkretny mechanizm władzy. Oto bowiem jakiś przypadkowy urzędnik będzie mógł samodzielnie oceniać, czy dana forma współpracy jest legalna czy nie, i podejmować w tej sprawie decyzję administracyjną z pominięciem uprzedniego rozstrzygnięcia sądu. Przedsiębiorca co prawda będzie mógł później zaskarżyć taką decyzję do sądu, ale to nie wstrzyma jej wykonania. A to oznacza, że państwo najpierw narzuci swój werdykt siłą administracyjną, a dopiero później dopuści realną kontrolę sądową. W państwie prawa taki kierunek musi budzić poważny sprzeciw.
Co ciekawe, podział nie biegnie idealnie po osi lewica–prawica. NSZZ „Solidarność” początkowo oceniała projekt negatywnie, zarzucając mu wadliwy tryb konsultacji i zbyt krótki termin na zgłaszanie uwag. Potem jednak — jak wynika z wypowiedzi samego prezydenta — związek ostatecznie rekomendował podpisanie ustawy pod warunkiem zachowania ścieżki sądowej, czyli tego, by to nie urzędnik miał ostatnie słowo. To ważny szczegół, bo pokazuje, że nawet część prawicy związkowej nie szła tu dokładnie razem ani z rządem, ani z liberalnym biznesem.
Jakie interesy polityczne zabezpiecza podpis prezydenta?
I tu dochodzimy do pytania najważniejszego: dlaczego Karol Nawrocki tę ustawę podpisał? Z publicznie dostępnych wypowiedzi nie wynika, by chodziło o jakiś prywatny czy ukryty interes. Widać raczej próbę zabezpieczenia trzech interesów naraz. Pierwszy to interes państwowy i finansowy: reforma PIP jest powiązana z kamieniami milowymi KPO, a więc z dostępem do unijnych środków. Drugi to interes społeczny i wizerunkowy: zawetowanie ustawy przedstawianej jako narzędzie walki z nadużyciami wobec pracowników byłoby łatwe do politycznego wykorzystania przeciwko prezydentowi. Trzeci to interes polityczny na prawicy: podpis połączony ze skierowaniem ustawy do TK pozwala jednocześnie powiedzieć pracownikom „nie blokuję ochrony”, a przedsiębiorcom „mam poważne wątpliwości i uruchamiam bezpiecznik konstytucyjny”.
Co ustawa o PIP może zmienić w praktyce?
Nawrocki nie podpisał tej ustawy dlatego, że w pełni kupił narrację lewicy. Podpisał ją dlatego, że pełne weto mogłoby kosztować go zbyt dużo politycznie. Rząd od początku podkreślał, że chodzi zarówno o ochronę pracowników, jak i o realizację zobowiązań z KPO. Z kolei sam prezydent mówił, że poprawki parlamentarne miały znaczenie, a jego wątpliwości dotyczą zwłaszcza zbyt szerokiej ingerencji PIP wobec przedsiębiorców. To wygląda bardziej na próbę ograniczenia kosztów politycznych po każdej stronie sporu niż na jednoznaczne ideowe opowiedzenie się za reformą.
W praktyce prezydent wykonał więc klasyczny ruch polityczny: podpisał, by nie brać na siebie odpowiedzialności za zablokowanie pieniędzy z KPO i za obronę patologii rynku pracy, ale jednocześnie skierował ustawę do TK, by nie zostać oskarżonym o porzucenie przedsiębiorców i akceptację nadmiernej władzy urzędniczej. To nie jest podpis człowieka pewnego słuszności ustawy. To podpis człowieka, który chciał utrzymać równowagę między dwoma walczącymi obozami i nie spalić mostów ani z pracownikami, ani z biznesem.
Czy to się uda?
To zależy od dwóch rzeczy. Po pierwsze, od tego, jak nowe przepisy będą stosowane w praktyce: czy rzeczywiście uderzą tylko w fikcyjne kontrakty, czy staną się narzędziem nadmiernej ingerencji. Po drugie, od tego, co zrobi Trybunał Konstytucyjny. Już dziś wiadomo jednak jedno: ustawa o PIP stała się czymś więcej niż zmianą prawa pracy. Stała się testem na to, czy polskie państwo bardziej boi się wyzysku pracownika, czy nadmiaru własnej władzy.
Mój wniosek jest prosty: jeśli pytać, jakie interesy chciał zabezpieczyć Karol Nawrocki, to odpowiedź brzmi — interes państwa w kontekście KPO, własny interes polityczny jako prezydenta „środka” między pracą a biznesem, oraz interes prawej strony sceny politycznej, by nie oddać bez walki pola w sporze o wolność gospodarczą. To nie był podpis z entuzjazmu. To był podpis z kalkulacji.
Autor tekstu: Adam Kania.
ℹ️ Jeśli uważasz, że to co robimy ma sens, to możesz wspierać codzienne działania Fundacji Twoje VETO na kilka sposobów – szczegóły w menu WSPARCIE.
