Święci w fartuchach, milionerzy na dyżurze
W Polsce dyskusja o limitach czasu pracy lekarzy przypomina rozmowę z wyznawcami religii. Gdy ktoś proponuje, aby lekarz nie pracował po 300–400 godzin miesięcznie, natychmiast pojawiają się głosy oburzenia. Jak to? Ograniczać medyka? Przecież to istota wyższa, która nie potrzebuje snu, odpoczynku ani normalnego życia rodzinnego.
Tymczasem w każdej innej branży rozumiemy prostą zależność: zmęczony człowiek popełnia więcej błędów. Nie chcemy pilotów po 30 godzinach pracy. Nie chcemy kierowców autobusów po dwóch dobach bez snu. Ale lekarz decydujący o życiu pacjenta? Tu najwyraźniej biologia przestaje działać.
Może więc czas postawić kolejne niewygodne pytanie: czy powinny istnieć nie tylko limity godzin pracy, ale także limity zarobków finansowanych ze środków publicznych?
Granice przywileju
Bo jeśli lekarz pracuje tyle, że zarabia setki tysięcy miesięcznie, to nie jest to dowód jego nadludzkich zdolności. To raczej sygnał, że system jest chory. Albo lekarz pracuje absurdalnie dużo, co samo w sobie jest zagrożeniem dla pacjentów, albo stawki i kontrakty zostały skonstruowane w sposób całkowicie oderwany od rzeczywistości.
Najciekawsze jest jednak to, że za ten stan rzeczy odpowiada nie tylko polityka czy urzędnicy. W dużej mierze odpowiada za niego również społeczeństwo.
Przez dekady lekarz był traktowany niemal jak kasta kapłańska. Tak jak kiedyś wielu ludzi uważało, że księdza nie wolno krytykować, tak dziś często słyszymy, że lekarza nie wolno nawet oceniać. Przez lata wręczano koperty, załatwiano znajomości, budowano atmosferę nietykalności. Zwykły obywatel miał stać pokornie przed gabinetem, najlepiej wdzięczny za samą możliwość rozmowy.
Potem pojawiło się zdziwienie, że część środowiska lekarskiego uwierzyła we własną wyjątkowość.
Jeżeli przez trzydzieści lat słyszysz, że jesteś nieomylny, niezastąpiony i stoisz ponad krytyką, istnieje ryzyko, że zaczniesz w to wierzyć. Tak samo jak każda grupa zawodowa, która przez długi czas funkcjonuje bez realnej kontroli społecznej.
Oczywiście większość lekarzy uczciwie wykonuje swoją pracę.
Problem polega jednak na tym, że system został zbudowany tak, jakby lekarz nie był zwykłym człowiekiem, lecz połączeniem świętego, geniusza i robota pracującego bez snu.
Patologie, o których nie lubi się mówić
W każdej grupie zawodowej istnieją patologie. Różnica polega na tym, że o jednych mówi się głośno, a o innych niemal szeptem. Środowisko lekarskie przez lata korzystało z wyjątkowego społecznego parasola ochronnego, przez co wiele niewygodnych tematów pozostawało poza głównym nurtem debaty.
Jednym z nich jest zjawisko pracy w kilku placówkach jednocześnie. Co jakiś czas media opisują przypadki lekarzy figurujących w grafikach kilku szpitali lub przychodni w tych samych godzinach. Gdy podobna sytuacja dotyczy urzędnika, nauczyciela czy kierownika państwowej instytucji, natychmiast pojawiają się pytania o odpowiedzialność. W przypadku lekarzy bardzo często słyszymy przede wszystkim tłumaczenia.
Równie drażliwym tematem są stawki za wizyty. Oczywiście lekarz ma prawo dobrze zarabiać, podobnie jak prawnik, informatyk czy przedsiębiorca. Jednak gdy kilkunastominutowa konsultacja kosztuje kilkaset złotych, a pacjent słyszy, że najbliższy termin na NFZ jest za wiele miesięcy, rodzi się pytanie, czy system nie stworzył mechanizmu zachęcającego do przenoszenia leczenia do sektora prywatnego.
Dlatego potrzebne są limity.
Limity godzin pracy, bo zmęczony lekarz jest zagrożeniem dla pacjenta.
Limity zarobków z publicznych pieniędzy, bo państwo nie powinno finansować patologii wynikających z niedoborów kadrowych czy nadużyć wynikających z chęci zarobku pieniędzy. Dużych pieniędzy.
Wreszcie limity społecznego kultu jednostek, bo w demokracji nie powinno być grup stojących ponad krytyką.
Autorka tekstu: Aleksandra Ślozowska
Jeśli uważasz, że to co robimy ma sens, to możesz wspierać codzienne działania Fundacja Twoje VETO na kilka sposobów – szczegóły w menu WSPARCIE.
